![]() |
|
Gdzie można dostać WYGODNE pałeczki wielorazowego użytkul, które nie są tak śliskie i wąskie, jak moje stare (moja stara?)? AUDIOTELE, bo się ufajdoliłam. Jesień, jesień. Czas wieczorów pod kołdrą, głupich filmów, pieczenia, palenia. Sprzeczek i dąsów niestety też. (Dociera do mnie, że chyba jestem za stara na naukę. Ten uniwersytet trzeciego wieku to chyba przedsięwzięcie dla jaj.) "We Still Got the Taste Dancing On Our Tongues" Wild Beasts to zdecydowanie słoneczko tych listopadowych dni, śliczność. ZNOWU zaległam na CZYJEJŚ kanapie z wastem w objęciach. We środę z niejakim zdziwieniem oceniłam miejsce pobudki (był to Ursus) i stan fizyczny (nadwyrężone ramię, podobno po partyjce tenisa w wii. Wii!). W sobotę za to oceniłam stan własny (sztywna szyja od kanapy i waste'a), aleksa (alkomasakra) i kodza (zdecydowanie pożądał kawczana i kroplówki), za Chiny za to nie mogę sobie przypomnieć, czy był tam starszy Rolec (w nocy był), czy zdecydowanie nie i jaki był jego stan in this very momę. Mam mieszane wspomnienia. Pamiętam za to, że śpiewaliśmy "Rawhide", że prawie żadnego ze śmiesznych filmików w Internecie nie udało się nam z rozkojarzenia obejrzeć do końca, że The Rolec Familja ma w genach nierozpoznawanie Radiohead (fajne! Co to! To jakiś Aphex Twin! wtf?) , w końcu, że próbowałam zdążyć na pociąg, na który nie zdążyłam. Nie zdążyłam też kupić awaryjnych majtek, za to kupiłam sukienkę, bajgla, drożdżówkę, herbatę i gazetę z Megan Fox. BOŻE, JAKA MEGAN FOX JEST GŁUPIA! (gazeta też). W późny weekend za to rozczulałam się z matką i teściową siostry nad zdjęciami młodej (ha! miałam więcej!), więc frustrowałam się tym razem tylko trochę i w zasadzie tylko tym, że matka około czterdzieści pięć razy powiedziała, jaką chce bluzkę na święta, ile, w jakim rozmiarze i kolorze. Chyba jej bardzo zależy. Mi też, tylko na pojemności mózgoczaszki, a tego od palenia i gazet z Megan Fox nie przybywa. Ponieważ siedzę i zapierdalam, postanowiłam odgrzebać pudełko z Munnym i pomyśleć. Po tym, jak pomyślę, narysuję. A po tym, jak narysuję, trzeba szybko kupić spreye, farby i nabłyszczacze, albo znowu mi się odechce i zagrzebię go w stercie to do do jakiejś powiedzmy sesji. Więc pomiędzy jedną a drugą tracklistą siedzę i myślę nad Munnym, pomiędzy zaś robieniem tracklist a siedzeniem i myśleniem - siedzę i chcę. Jedwabne handkraftowe wsuwki na ten przykład. Albo tabi. Albo ładną jukatę. Szafkę na buty. Buty. Jezu, prim., czemu ja nie kupiłam tych butów? Ramy na obrazy. Obrazy. Umieć malować obrazy. Ładną kapę na kanapę. Drugą, mniejszą kanapę (albo taniego tapicera). Mieszkanie. Magistra. 3kyuu z japońskiego, najlepiej już, teraz (nic nie umiem). Tablicę korkową na kanji. Bilet na Long Island. Woka. Zmęczyłam się, siedzenie i chcenie jest cholernie męczące, więc, kiedy się zmęczę, zrobię coś. Jakąś tracklistę albo na ten przykład projekt Munny'ego. Chodzi za mną hybryda dekupażowej, secesyjnej matrioszki z wielkookim dziewczęciem. Ktoś ma aerograf? Ktoś umie aerograf? Bo ja nie, a potrzebuję ryjek aerografem. Oho, w dodatku jest sequel "Świętych z Bostonu". Też chcę. |2009-11-08|21:15:01|skomentuj|» Alkohol - a weapon of mass destruction czy największy wróg mężczyzny?
- What kind of music do you usually have here?
- We got both kinds. We got country AND western.
Na zakończenie produktywnego weekendu - w czasie którego zdążyłam uwierzyć, że jestem w stanie nauczyć się japońskiego na przyzwoitym poziomie komunikacyjnym, spotkać kodza, wypić beczkę krupniku, stejkowerować parkiet w Powiększeniu (co za nudna knajpa, wszyscy siedzą i pierdzą w stołek, dbając i swój zblazowany warszawkowski imaż) , spaść z krzesła na waste'a, stracić film koło 23 i nie pójść na żadne niedzielne zajęcia - siedzę w nowych levisach rozmiar DWADZIEŚCIA DZIEWIĘĆ i jednym oficerku i nie mogę nałożyć drugiego, bo a) nadal nie mogę uwierzyć że istnieją oficerki sięgające mi do kolan, b) nie mogę się schylić, ponieważ niestety pojechałam na szoping z prim. (she's a good Samaritan...), która wychodzi z założenia, że prawidłowo zakupione jeansy wutrzymują dupę na miejscu, jednocześnie wymuszając poranną porcję fitnessu przy zakładaniu, więc spacyfikowała mnie ideologicznie i teraz, zanim nałożę drugiego buta, by należycie i obiektywnie ocenić zakup w wielkim lustrze, zdążę spocić się jak świnia wykonując czynności: siadanie i schylanie. Więc próbuję wygodnie usiąść, żeby napisać tę notkę, i się pocę. Korzystanie z toalety zdaje się drogą przez dantejskie kręgi piekielne, ale zanotowuję ku potomnym: model 627, 29/32, żadne jebane biodrówki dla płaskotyłkich piętnastolatek - tylko prawdziwy High Waist dla prawdziwych, dojrzałych kobiet. (to już.)
Bardzo dobry weekend, wychodzenie z kodzem i prawie kopalnianą ekipą na wódkę mogłoby mi wejść w krew, gdybym tylko mogła pić wódkę... A, przepraszam, pisałam, że znów byłam na legendarnych różowych kropkach i K-Spell wygląda jak angielska teściowa., a 1500m2 to nie jest do końca to, co sobie wyobrażałam -- ale było bardzo miło? Nie? To nadrabiam. ![]() 2009 © valgonzarp Moja ulubiona (bo jedyna) siostrzenica to całkiem przystojne dziecko (patrzeć, patrzeć, patrzeć!!!) o przedramionach godnych Michelina. Dość standardowa wymiana kurtuazji z siostrą w temacie jej pierworodnej wygląda zazwyczaj tak: - Marta, dlaczego to wszystko na tym zdjęciu jest znowu różowe? - Dla dziewczynek wszystko jest tu niestety różowe... ciężko tu coś znaleźć w innym kolorze. Ale za to pościel ma w większości w brązie! Co dość naturalnie prowadzi do tematu ostatniego weekendu. Dziękuję ci, rotawirusie, że schudłam trzy kilo!!! Dziękuję!!! Ale jakim kosztem, chryste. Leczenie polegało na spędzeniu weekendu w łóżku z wygazowaną kolką, węglem, efferalganem 500, smectą, dwoma sezonami Weeds i chłopakiem. Chłopak z rotawirusem również, oczywiście. Jednym słowem, żeby nie lać wody: gówniany weekend. W piątek super dwuosobowe kinderparty z litrami czerwonego wina - na pewno (nie) zaszkodziło... Pedom prowde, jok no świntyj - po pięciu próbach spirometrycznych nie dałam rady jednemu browarowi w Parku, albo się starzeję, albo pety śmierdzą, albo wolę kameralne piwo na własnej kanapie, albo wolę w zasadzie "Weeds". Boję się ugrzęznąć w Housie, więc na te chwilę może jednak powrót do Deadwooda i Archiwum X? Zostało jeszcze 947404604884753 odcinków. (albo ta ilość petów w m3 gazu śmierdzi) Aha: jestem ciotką i dobrze mi z tym. Młoda hamerykanka jest znakomita, wyszła na świat naspawana, jak i jej matka, która nie czuła, że już głowa wyszła -- w zasadzie od razu wywaliła do ojca jęzor, i mało ryczy. Siostra zapomniała zadzwonić, że urodziła, ale łaskawie wybaczam. Aha: sms od brata. Cytuje mniej więcej: - Cześć, co u ciebie. Możesz na moim koncie w facebooku skosić mi dynię bo nie mam netu a nie chcę przegrać? Narka. PS. Czy Marta już urodziła? *FACEPALM*. Dzień poleceń - drugi ze słonecznym porankiem, pierwszy z japońskim na uszach, no za chiny nie naucze się tego języka, osiem lat prób, ciągle napotykam opór, nie tylko materii. Ale od Archive minęło mnóstwo czasu, i zdarzyło się tyle rzeczy, których nie sposób nie polecić... więc absolutnie polecam: 1. Huge Race i jego True Spirit, nie tylko świeże "Between Hemispheres", nie tylko absolutnie genialny wg mnie "53rd State", ale przede wszystkim gościa na żywo. Czwartkowy koncert w CDQ, tak, tym ciasnym, chujowo nagłośnionym CDQ to był rokendrolowy szał; jako support wystąpił uroczy Islandczyk ET Tumason (tam mason), który w przerwach między swoimi dzikimi bluesowymi kawałkami wznosił toasty za pomocą ceramicznego żółtego kubka z uchem, pokrzykując "Zdrowie! Zdrowie na budowie!" albo opowiadał dykteryjki o sobie i swojej gitarze, policjantach i rozchylaniu pośladów, o ile dobrze pamiętam i dwa, o ile dobrze zrozumiałam, gdyż ANGIELSKI ŚMIERDZI I NAGLE ZNÓW NIC NIE ROZUMIEM, anyway CDQ reklamował (dość nieskutecznie) obydwa koncerty mniej więcej tak i obawiam się, że w 1/10 nie wyczerpuje to potencjału, z jakim HR i jego wesoła kompania wyskoczyła na tę dwumetrową cedekową scenę. AAAWWW. W zasadzie "53rd State" na żywo jest jeszcze bardziej absolutnie genialny, niż studyjny album, choc może nie? Zasadniczo, jak odkopię płytę, która zalega gdzieś w nieposortowanej stercie, to powiem, ale - o ile pamiętam - to ciężko zdecydować. 2. Kraków. Kazimierz. Śniadanie w Pudełku (borysowe curry ze szpinakiem!!!). Śniadanie w Le Scandale (weekend z kucharzem Miguelem - grzanki ze szpinakiem po katalońsku!!!). Żarcie! Ochlaj! I, ponieważ jesteśmy już stare pryki, spanie od północy do południa. W piątek nabożnie pocałowaliśmy klamkę, bo do św. Katarzyny postanowiono nas nie wpuścić, inna sprawa, że nie mieliśmy ani kasy, ani biletów - więc poszliśmy na, powiedzmy, wódkę. W sobotę tak przyjemnie pochłaniało się pizzę, że Borys z Anią postanowili oddać nam bilety, a my postanowiliśmy się, niestety, spóźnić wydatnie na Soap & Skin, przez co zobaczyliśmy tylko cztery utwory - ale dla nich warto było być, bo dla (mimo całej miłości do so-called alt-country) Sam Amidon / Ben Frost / Nico Muhly / Valgeir Sigurdsson to tak raczej niekoniecznie (poszliśmy na wódkę). Toporna, grubo ciosana, histeryczna Austriaczka wpadła mi w oko, waste'owi chyba też, bo bardzo chciał kupić jej portret - skądinąd jedne z bardziej ekspresyjnych zdjęć, jakie ujęły moje serce. Na Kode9 młodzież bawiła się grubo, my też, spacerek powrotny zaś oświetliła bateria zniczy postawionych przed małopolskim oddziałem PZPN. Odpoczęłam. Jesteśmy zepsuci, rozpieszczeni i generalnie się nie chciało. :) 3. "This Immortail COIL" - brać, kupować (nie ściągać ;)), wkładać w odtwarzać, słuchać, rozpływać się. To naprawdę wyjątkowy trybut. No i Rachel Naim, no i Matt Eliott, w ogóle jego "Howling Songs" i "Drinking Songs" to było dla mnie odkrycie. 4. Jesienne spacery. Wczoraj się był tramwaj na Woronicza/Wołoska wykraczył był, tak więc poszliśmy z Mariem w trasę i doszliśmy na Puławską, oświetleni rzęsistą iluminacją Woronicza osiągniętą dzięki łańcuchowi zakorkowanych tramwajów. Spokojny wieczór, energiczny marsz. Rozprostowałam kości. (Jakby dziś nie padało, sprawdziłabym, czy nie skradli roweru z piwnicy, i może gdzieś na miasto, przez kałuże?) Tak czy siak - rokendrolowy tydzień, tylko uczyć się, no jakoś nie idzie. Errata: - To już się nie kłócicie? Mam kupować kwiaty z tej okazji? - zadaje kwerendę Mario. - Daj pokój. Pójdziesz z torbami, jakbyś miał tak za każdym razem... |
Menu [KOCHAM BLIPA] [archiwum] [księga gości] [stare teksty] [stare zdjęcia] [stare gary] [e-mail, który działa!] Blogi [Julietta] [Miduch] [Urosła] [Milka] [Aditi] [Barbarella] [Dot.] [P-li] [Taka Marta z muffinami] [Taka Kazia z laktatorem] [Greebo] [pip!] [E,bo] [Frankie] [Jaq] [Pestka] [Schludna] [Duchy] [Bart] [Pariaska] R.I.P.: [Primkoska] [Mania Szewska] [Się Ściemnia] [Claudije] [Fean] [June] [Bajka] [Psychosis] [Foxglove] [Abismo] [Arienka] [AO] [Fej] [Cze] [P.] [Cocoluna] Varia [PWNED k thx bai!] [wybieram.pl] [NewsFlashbolt] [popup] [SCREE] [this panda fucks on first date] [dobre bo polskie] [FUGZ!!] [ambrel] [pinmag] [Фишкн.нет] [jwz] [IMDB]
Koncerty 2009: Peaches, 02.10., Wszawa Psychic TV, 4-8.11, Wrocław Koncerty 2008: |