Dodano 2017/12/18, w Bez kategorii, przez szklannach

W mijającym roku pragnę podziękować wszystkim moim kochanym radykalnym feministkom za to, że jesteście (zajebiste)
a najbardziej tym, po których absolutnie bym się nie spodziewała radykalizmu, tak!

i wszystkim fajnym koncertom za to, że spędziłam was w miłym i dobrym towarzystwie
i byłyście dobre i piękne

i dodać od siebie żolnierskie: 2018, ty… ty ciulu jeden.

Ale fakt, mógł być gorszy niż 2017, a nie był.

 

Nutki

Dodano 2017/12/04, w Bez kategorii, przez szklannach

Jadę już godzinę, a ponieważ jestem głodna jak wilk, a to dlatego, że w pracy jak to przed świętami był slapstick, gdzie wszyscy się tarzają w błocie, a jak próbują wyjść, to wciągają jedni drugich, wiec nie zjadłam i nie znam i siebie tak, Jak powinnam, w każdym razie po trzech bardzo stabilnych mimo niespokojnosci wydarzeń tygodniach mogę nazwać to, co czuję:

Jest mi bardzo smutno, wiszę gdzieś w bańce, w próżni i jestem bardzo, bardzo samotna.

 

M

Dodano 2017/11/22, w Bez kategorii, przez szklannach

Śniło mi się, że:

- miałam czerwone, matowe paznokcie.

- ojciec dzieci oświadczył, że w końcu ma dokąd zabrać rzeczy, wiec zabiera, bo znów będzie ojcem.

W rzeczywistości zaś przecieka gdzieś w łazience jakaś rura, wiec przyjdzie hydraulik i będzie decyzja, czy kują. W sam raz na grudzień. Jakbym nie miała większych problemów (w ciągu dwóch miesięcy byłam chora trzy razy, przed każdym powrotem do pracy mam rewolucję trzewi ze stresu).

 

Tymczasem muszę się zresetować, wiec daę sobie jeszcze kilka dni bez myślenia: Poznań, dwa koncerty, kilka godzin przy książkach i bez gotowania, żeby było spokojnie, żeby było normalnie.

Choć w tym kraju długo jeszcze nie będzie normalnie. Może nigdy. Choć po co się martwię o kraj, skoro u mnie też normalnie nie będzie? Ludzka natura taka pokręcona.

 

Po grzyba

Dodano 2017/10/22, w Bez kategorii, przez szklannach

Po grzyba czytam te wszystkie potworne informacje, mogłam pojechać do lasu na grzyby.

A nie, w sumie nie udalo mi się ogarnąć nawet tego jednego prostego tematu.

Chujnia z grzybnią.

 

Miesiąc poźniej

Dodano 2017/10/21, w Bez kategorii, przez szklannach

rollercoaster, a co ma innego być. Prowadzę z grubsza kalendarz, grzecznie łykam co trzeba, i myślę sobie: to ma być życie? w sensie takie blade? płaskie? poszarzałe? nudne? bez iskry?

Ceduję dzieci po trudnym dniu, po trudnym tygodniu, trudnym miesiacu, infekcje za infekcjami, jak nie one, to ja, i robię coś, co zawsze robiłam ciągami: oglądam.

Trzy sezony Deadwooda, Opowieść podręcznej, chwila przerwy, dziś pod rząd Kraina marzeń, Niezasłane lóżka, Shortbus.

Patrzę na te kolory, dźwięki, porozdzieranych ludzi i najzwyczajniej w świecie zaczynam ryczeć.

Potem przypominam sobie, po co właściwie powinno być blade i płaskie.

 

Następnie, że przed miesiącem też było, że tego nie będzie, tamtego nie będzie, że rzeczy wciąż wiszą, że nic sie nie zmienia, a miesiace lecą, i lecą, i tylko jest zamiast lepiej – gorzej.

Najgorzej, gdy w filmie widzę ludzi, którzy się zaczynają zakochiwać. I gdy zdjęcia robi naprawdę dobry filmowiec. I gdy wiem, że może i mogłabym, ale leżę pod kotem i jadę ten trzeci film z rzędu i myśli już szczątkowe że zmęczenia, że tak zostanę, wtedy w głowie zaczyna się rozbijać echo: jak twoja matka

Jak twoja matka

Jak twoja matka

jak gwóźdź do trumny

 

Dodano 2017/09/23, w Bez kategorii, przez szklannach

 

Rollercoaster. To słowo towarzyszyło mi, odkąd pamiętam. Raz na wozie, raz pod wozem. W ubiegły czwartek rozbita szlochałam u terapeutki, w tydzień później spokojnie wracać z pracy do znajomych planując po drodze, gdzie to nie pójdę i czego nie zrobię.

Potem wstaję o dwunastej po towarzyskim wieczorze i robię długo nic leżąc w letargu, a na pewno nie robię nic z tego, co zaplanowałam jeszcze dzień wcześniej.

 

Więc jest sobota, sobotni wieczór po pracowitym i spokojnym tygodniu, zakończona bardzo przyjemnym towarzyskim wieczorem z nowymi osobami, tak, to ja, i know people who know people, ja wszystkich know-how i potem z przerażeniem stwierdzam, że znać to może znam, ale dla nikogo nie mam czasu, ale wracając z didaskaliow, których pełno w moim opowiesciach, jakby całe moje życie składało się z wtrętow, wycieczek myślami po okolicach, impresji, o których natychmiast muszę powiedzieć, bo zapomnę, i historii, które się wiją, ale wracając do tematu – jest ta sobota, a ja oporzadzam siebie, potem chatę i siedząc w samym środku oporzadzanego salonu po oporzadzeniu kuchni i wyspy (uczę się jednego na raz, a nie rozjebać całą chatę i płakać patrząc na to pobojowisko bez widocznego efektu oraz uczę się robić to bez dzieci, żeby nie wspominały potem jak ja soboty pełne darcia ryja o efekt „ma błyszczeć albo szlaban”, zresztą okazuje się, że to doświadczenie pokoleniowe i nikt nie nauczył nas utrzymywać porządku, samyśmy się uczyli albo i nie), w każdym razie siedzę przy jajku na twardo i śledziach po giżycku i przeżuwam jednocześnie myśl: że już niczego nie będzie, imprez nie będzie, siły nie będzie, seksu, miłości, zaufania, nadziei że coś jeszcze związanego z relacją dwojga ludzi może mnie zaskoczyć zwyczajnie MIŁO.

I te myśli wcale nie są pokręcone jak powyższe zdanie, są proste, jasne, czytelne, pełne rezygnacji, a jednocześnie niezgody na taka bezczynność, no ale co: siedzę nad tymi śledziami patrząc na żelazko i po czterech godzinach prasowania wrócę do sypialni, w której ciągle wiszą jego rzeczy, bo się nie może/nie chce* ogarnąć z zabranie, a ja pierdolę, nie będę już nic za nikogo robić i pomyślę sobie, co z tym zrobić, i zrobię jedyne, co mogę i umiem: wsadzę myśl do pudełka i schowam do szafy.

 

I tak całe życie: robić nie robić robić nie robić robić nie robić.

I siedzę.

 

Dodano 2017/09/04, w Bez kategorii, przez szklannach

Croissanty i „Chasing Amy”, wczoraj „O czym marzą faceci”, świetny w kontekście warsztatu rownosciowego z soboty, w czwartek „Bekarty wojny”, a do tego codziennie klasyka Disneya, zapomniałam już, że „Miecz króla Artura jest taki śmieszny”, czyli przeglądam kolekcję DVD w celu znalezienia w tym mieszkaniu większej przestrzeni. Pewnie jednak skończy się na tym, że będę miała jeszcze większe hałdy wszystkiego i zero siły na znalezienie temu miejsca lub nowego właściciela. Na przykład wczoraj ktoś wystawił w śmietniku na recycling karton Barbie i kucyków Pony w stanie idealnym. Kto to robi?! Dzieci było smutne, że zabawki są smutne w kartonie.

Syn dwa dni w przedszkolu i dziś 38,5 stopnia, chujowe lato tego roku. Choć oczywiście gdyby zapytać mnie tydzień temu, to było cudownie, zajebiście, przewaliłam wszystkie oszczędności, Gdynia taka piękna, a dzieci przez miesiąc tak daleko, że aż tęskniłam przeogromnie.

Szkoda tylko, że niewiele rzeczy idzie w pożądanym przeze mnie kierunku. Bardzo niewiele.

 

This is the time of my life.

Dodano 2017/08/06, w Bez kategorii, przez szklannach

 

Spóźniłam się na 509, jest późno. Z jednej strony znów się nie wyśpię, bo zanim dojadę do mojego kota, muszę obskoczyć kota koleżanki. Na Trampolinie. Jadę tam właśnie. Z Kwatery Głównej. Wcześniej byłam koło Symfonii Varsovii, skąd odebrałam Midori. Do której jechałam z Bielan. Na które to przyjechałam z Międzyborowa. Do którego pojechałam wczoraj z Bielan przez Tarchomin. I tak od tygodnia mniej więcej to wygląda (tylko bez Międzyborowa). Można się wkurwić.

Ale nie ja. Ja jestem taflą jeziora unoszącą pierdolony kwiat lotosu. Nic nie jest w stanie mnie wkurwić. Wszystko jak po maśle. Cierpliwość wytrenowana w oczekiwaniu, kiedy eks w końcu odpowie na kwestie wymiany dzieci. Ciało zahartowane podróżami w zbiorkomie. Próżność wyszlifowana jak brylant, co dzień w piękniejszej oprawie, bo wyprzedaże. Leki wchodzą gładko. Za gładko. Wszystko na swoim miejscu. Po raz pierwszy nie myślę o tym, co zrobię, jak pierdolnie, nie czekam na katastrofę. Jak przyjdzie, ja sobie po prostu poradzę.

Autobus odjechał i mam kwadrans na przystanku? Super, jaki piękny księżyc, taka ciepła noc.

Przemokłam, bo nawalnica? Mój błąd. Następnym razem sprawdzę pogodę. A czekając na koniec ulewy, pooglądałam Van Helsinga u koleżanki. Boże! Co za straszna kupa! Oglądanie tego dzis to jakby oglądać Gremliny. Żadnej różnicy.

Spóźniłam się do pracy? Piąty raz? Nie ma dzieci, wyjdę później. Robię widelcem swoje i wychodzę. Cudowny urlop: praca – miasto – dom. W domu cisza i spokój, zasłuzone. Dzieci szczęśliwe kąpią się we Wkrze i zapominaja zatęsknić. Ja też. Widzimy się we wtorek i chyba pożrę je z radości.

plomba wypadła i boli jak diabli. Trudno, nie dbałam, to mam. Czas najwyższy zadbać. Trzeba będzie wycofać lokatę. Zdrowie jest bardzo ważne, nie tylko psychiczne.

Matka upadła 2 tygodnie temu, ale nic jej nie jest. Zadzwoniła dopiero dziś, żeby powiedzieć, że nic jej nie jest. Dobrze. Dorasta.

 

Plugawa Eliz mówi znad ryby i frytek, że nie da się mnie słuchać i że ten optymizm jest co najmniej wkurwiajacy. Trochę ją rozumiem, Ale nie mam zamiaru tego zmieniać. Jakby był jeszcze seks, miałabym jak w tytule.

 

Dodano 2017/05/24, w Bez kategorii, przez szklannach

na Targach Książki pracowałam z dziewczyną zafiksowaną na numerologii. nawet nie przeszkadzało mi to, opowiadała ciekawe rzeczy, ale gdy zauważyła, że mimo racjonalizmu mam również ogromny zapas tolerancji na indywidualne mambo-dżambo w sensie przekonań quasireligijnych, w zasadzie co piąte kolejne zdanie rozpoczynała od „jako piątka” i tą piątką wyjaśniła różne wybory życiowe.

 

Dlatego jak na szybko se przeklikałam numerologicznie datę urodzenia, dlaczego w ogóle nie zdziwiło mnie, że tak, tez jestem piątką?

O wiele bardziej zdziwiła mnie kolejna mysl: uffff, to już z nikim nie muszę i nie powinnam się wiązać. Romanse forever!

To mnie zatkało, z lekka mówiąc.

 

Poza tym czas aanalityczno-refleksyjny. jak nie sięgałam pamięcią wstecz ostatnie siedem lat z wyjątkiem półrocznej psychoanalizy (a i tu mało), tak teraz troskliwie oglądam sączące się rany, połamane i źle zrośnięte żebra, przetrącony kręgosłup, przekłute kostki z przewleczonym powrozem i naprawdę dziwię się, ciągle się dziwię i żuchwa w zdziwieniu sięga kolan:

Jak ja mogłam dać sobie tak dobrze radę z tym wszystkim?

 

 

Wiedziałam, że to będzie rok zmian. Ale że aż takich?

Wiedziałam, że mam intuicję, niesamowitą wręcz. ale zapomniałam, że w wieku 18 lat sama sobie postawiłam diagnozę, o której później zapomniałam. a teraz potwierdzono.

I jestem przerażona.

 

Dodano 2017/05/19, w Bez kategorii, przez szklannach

Radzę sobie, a potem sobie nie radzę.

Srodem ulicy, myślę że zaraz pęknę, wybuchnę i wtedy widzi mnie koleżanka

I dzwoni: jaka byłaś opanowana i cierpliwa

No i sama nie

Dziś przynajmniej będę mogła umyć okna i popłakać.

 

  • RSS