Po grzyba

Dodano 2017/10/22, w Bez kategorii, przez szklannach

Po grzyba czytam te wszystkie potworne informacje, mogłam pojechać do lasu na grzyby.

A nie, w sumie nie udalo mi się ogarnąć nawet tego jednego prostego tematu.

Chujnia z grzybnią.

 

Miesiąc poźniej

Dodano 2017/10/21, w Bez kategorii, przez szklannach

rollercoaster, a co ma innego być. Prowadzę z grubsza kalendarz, grzecznie łykam co trzeba, i myślę sobie: to ma być życie? w sensie takie blade? płaskie? poszarzałe? nudne? bez iskry?

Ceduję dzieci po trudnym dniu, po trudnym tygodniu, trudnym miesiacu, infekcje za infekcjami, jak nie one, to ja, i robię coś, co zawsze robiłam ciągami: oglądam.

Trzy sezony Deadwooda, Opowieść podręcznej, chwila przerwy, dziś pod rząd Kraina marzeń, Niezasłane lóżka, Shortbus.

Patrzę na te kolory, dźwięki, porozdzieranych ludzi i najzwyczajniej w świecie zaczynam ryczeć.

Potem przypominam sobie, po co właściwie powinno być blade i płaskie.

 

Następnie, że przed miesiącem też było, że tego nie będzie, tamtego nie będzie, że rzeczy wciąż wiszą, że nic sie nie zmienia, a miesiace lecą, i lecą, i tylko jest zamiast lepiej – gorzej.

Najgorzej, gdy w filmie widzę ludzi, którzy się zaczynają zakochiwać. I gdy zdjęcia robi naprawdę dobry filmowiec. I gdy wiem, że może i mogłabym, ale leżę pod kotem i jadę ten trzeci film z rzędu i myśli już szczątkowe że zmęczenia, że tak zostanę, wtedy w głowie zaczyna się rozbijać echo: jak twoja matka

Jak twoja matka

Jak twoja matka

jak gwóźdź do trumny

 

Dodano 2017/09/23, w Bez kategorii, przez szklannach

 

Rollercoaster. To słowo towarzyszyło mi, odkąd pamiętam. Raz na wozie, raz pod wozem. W ubiegły czwartek rozbita szlochałam u terapeutki, w tydzień później spokojnie wracać z pracy do znajomych planując po drodze, gdzie to nie pójdę i czego nie zrobię.

Potem wstaję o dwunastej po towarzyskim wieczorze i robię długo nic leżąc w letargu, a na pewno nie robię nic z tego, co zaplanowałam jeszcze dzień wcześniej.

 

Więc jest sobota, sobotni wieczór po pracowitym i spokojnym tygodniu, zakończona bardzo przyjemnym towarzyskim wieczorem z nowymi osobami, tak, to ja, i know people who know people, ja wszystkich know-how i potem z przerażeniem stwierdzam, że znać to może znam, ale dla nikogo nie mam czasu, ale wracając z didaskaliow, których pełno w moim opowiesciach, jakby całe moje życie składało się z wtrętow, wycieczek myślami po okolicach, impresji, o których natychmiast muszę powiedzieć, bo zapomnę, i historii, które się wiją, ale wracając do tematu – jest ta sobota, a ja oporzadzam siebie, potem chatę i siedząc w samym środku oporzadzanego salonu po oporzadzeniu kuchni i wyspy (uczę się jednego na raz, a nie rozjebać całą chatę i płakać patrząc na to pobojowisko bez widocznego efektu oraz uczę się robić to bez dzieci, żeby nie wspominały potem jak ja soboty pełne darcia ryja o efekt „ma błyszczeć albo szlaban”, zresztą okazuje się, że to doświadczenie pokoleniowe i nikt nie nauczył nas utrzymywać porządku, samyśmy się uczyli albo i nie), w każdym razie siedzę przy jajku na twardo i śledziach po giżycku i przeżuwam jednocześnie myśl: że już niczego nie będzie, imprez nie będzie, siły nie będzie, seksu, miłości, zaufania, nadziei że coś jeszcze związanego z relacją dwojga ludzi może mnie zaskoczyć zwyczajnie MIŁO.

I te myśli wcale nie są pokręcone jak powyższe zdanie, są proste, jasne, czytelne, pełne rezygnacji, a jednocześnie niezgody na taka bezczynność, no ale co: siedzę nad tymi śledziami patrząc na żelazko i po czterech godzinach prasowania wrócę do sypialni, w której ciągle wiszą jego rzeczy, bo się nie może/nie chce* ogarnąć z zabranie, a ja pierdolę, nie będę już nic za nikogo robić i pomyślę sobie, co z tym zrobić, i zrobię jedyne, co mogę i umiem: wsadzę myśl do pudełka i schowam do szafy.

 

I tak całe życie: robić nie robić robić nie robić robić nie robić.

I siedzę.

 

Dodano 2017/09/04, w Bez kategorii, przez szklannach

Croissanty i „Chasing Amy”, wczoraj „O czym marzą faceci”, świetny w kontekście warsztatu rownosciowego z soboty, w czwartek „Bekarty wojny”, a do tego codziennie klasyka Disneya, zapomniałam już, że „Miecz króla Artura jest taki śmieszny”, czyli przeglądam kolekcję DVD w celu znalezienia w tym mieszkaniu większej przestrzeni. Pewnie jednak skończy się na tym, że będę miała jeszcze większe hałdy wszystkiego i zero siły na znalezienie temu miejsca lub nowego właściciela. Na przykład wczoraj ktoś wystawił w śmietniku na recycling karton Barbie i kucyków Pony w stanie idealnym. Kto to robi?! Dzieci było smutne, że zabawki są smutne w kartonie.

Syn dwa dni w przedszkolu i dziś 38,5 stopnia, chujowe lato tego roku. Choć oczywiście gdyby zapytać mnie tydzień temu, to było cudownie, zajebiście, przewaliłam wszystkie oszczędności, Gdynia taka piękna, a dzieci przez miesiąc tak daleko, że aż tęskniłam przeogromnie.

Szkoda tylko, że niewiele rzeczy idzie w pożądanym przeze mnie kierunku. Bardzo niewiele.

 

This is the time of my life.

Dodano 2017/08/06, w Bez kategorii, przez szklannach

 

Spóźniłam się na 509, jest późno. Z jednej strony znów się nie wyśpię, bo zanim dojadę do mojego kota, muszę obskoczyć kota koleżanki. Na Trampolinie. Jadę tam właśnie. Z Kwatery Głównej. Wcześniej byłam koło Symfonii Varsovii, skąd odebrałam Midori. Do której jechałam z Bielan. Na które to przyjechałam z Międzyborowa. Do którego pojechałam wczoraj z Bielan przez Tarchomin. I tak od tygodnia mniej więcej to wygląda (tylko bez Międzyborowa). Można się wkurwić.

Ale nie ja. Ja jestem taflą jeziora unoszącą pierdolony kwiat lotosu. Nic nie jest w stanie mnie wkurwić. Wszystko jak po maśle. Cierpliwość wytrenowana w oczekiwaniu, kiedy eks w końcu odpowie na kwestie wymiany dzieci. Ciało zahartowane podróżami w zbiorkomie. Próżność wyszlifowana jak brylant, co dzień w piękniejszej oprawie, bo wyprzedaże. Leki wchodzą gładko. Za gładko. Wszystko na swoim miejscu. Po raz pierwszy nie myślę o tym, co zrobię, jak pierdolnie, nie czekam na katastrofę. Jak przyjdzie, ja sobie po prostu poradzę.

Autobus odjechał i mam kwadrans na przystanku? Super, jaki piękny księżyc, taka ciepła noc.

Przemokłam, bo nawalnica? Mój błąd. Następnym razem sprawdzę pogodę. A czekając na koniec ulewy, pooglądałam Van Helsinga u koleżanki. Boże! Co za straszna kupa! Oglądanie tego dzis to jakby oglądać Gremliny. Żadnej różnicy.

Spóźniłam się do pracy? Piąty raz? Nie ma dzieci, wyjdę później. Robię widelcem swoje i wychodzę. Cudowny urlop: praca – miasto – dom. W domu cisza i spokój, zasłuzone. Dzieci szczęśliwe kąpią się we Wkrze i zapominaja zatęsknić. Ja też. Widzimy się we wtorek i chyba pożrę je z radości.

plomba wypadła i boli jak diabli. Trudno, nie dbałam, to mam. Czas najwyższy zadbać. Trzeba będzie wycofać lokatę. Zdrowie jest bardzo ważne, nie tylko psychiczne.

Matka upadła 2 tygodnie temu, ale nic jej nie jest. Zadzwoniła dopiero dziś, żeby powiedzieć, że nic jej nie jest. Dobrze. Dorasta.

 

Plugawa Eliz mówi znad ryby i frytek, że nie da się mnie słuchać i że ten optymizm jest co najmniej wkurwiajacy. Trochę ją rozumiem, Ale nie mam zamiaru tego zmieniać. Jakby był jeszcze seks, miałabym jak w tytule.

 

Dodano 2017/05/24, w Bez kategorii, przez szklannach

na Targach Książki pracowałam z dziewczyną zafiksowaną na numerologii. nawet nie przeszkadzało mi to, opowiadała ciekawe rzeczy, ale gdy zauważyła, że mimo racjonalizmu mam również ogromny zapas tolerancji na indywidualne mambo-dżambo w sensie przekonań quasireligijnych, w zasadzie co piąte kolejne zdanie rozpoczynała od „jako piątka” i tą piątką wyjaśniła różne wybory życiowe.

 

Dlatego jak na szybko se przeklikałam numerologicznie datę urodzenia, dlaczego w ogóle nie zdziwiło mnie, że tak, tez jestem piątką?

O wiele bardziej zdziwiła mnie kolejna mysl: uffff, to już z nikim nie muszę i nie powinnam się wiązać. Romanse forever!

To mnie zatkało, z lekka mówiąc.

 

Poza tym czas aanalityczno-refleksyjny. jak nie sięgałam pamięcią wstecz ostatnie siedem lat z wyjątkiem półrocznej psychoanalizy (a i tu mało), tak teraz troskliwie oglądam sączące się rany, połamane i źle zrośnięte żebra, przetrącony kręgosłup, przekłute kostki z przewleczonym powrozem i naprawdę dziwię się, ciągle się dziwię i żuchwa w zdziwieniu sięga kolan:

Jak ja mogłam dać sobie tak dobrze radę z tym wszystkim?

 

 

Wiedziałam, że to będzie rok zmian. Ale że aż takich?

Wiedziałam, że mam intuicję, niesamowitą wręcz. ale zapomniałam, że w wieku 18 lat sama sobie postawiłam diagnozę, o której później zapomniałam. a teraz potwierdzono.

I jestem przerażona.

 

Dodano 2017/05/19, w Bez kategorii, przez szklannach

Radzę sobie, a potem sobie nie radzę.

Srodem ulicy, myślę że zaraz pęknę, wybuchnę i wtedy widzi mnie koleżanka

I dzwoni: jaka byłaś opanowana i cierpliwa

No i sama nie

Dziś przynajmniej będę mogła umyć okna i popłakać.

 

35 na 35. schudłam, na rękach wyszły żyły, trzęsą się lekko. doliny łez głębokie.  początki bruzd przy nosie.

Czuje się jakby pi przejściach, w 3 miesiące postarzalam się  z 8 lat.

 

koszmar

Dodano 2017/05/14, w Bez kategorii, przez szklannach

Od kiedy go nie ma, śpię jak powinno się spać: jak człowiek,  nie zając. do dziś.

Dziś śni mi się, że pół nocy chodził wokół, bym zaufala, a gdy już już, nagle znika i szukam go, nie mogę znaleźć, w końcu autobus rusza bo musi i jedzie, a ja przez okno widzę ze jest na proteście, bo ktoś go potrzebował i nie był mną. budzę się mokra, z katarem i bolącym od tygodnia gardłem, smutna jak cholera i w ogóle nie dziwię się, że przestałam wiele rzeczy z po prostu czuć. tylko o nich myślę.

 

Ten sen nie miał nic czego teraz bym się nie spodziewała i to było okropne.

 

Spokój. Jest tak spokojnie.

Dodano 2017/04/07, w Bez kategorii, przez szklannach
 

  • RSS